Jedzenie

Dlaczego warto samemu robić jedzonko? O restauracjach i dietach pudełkowych

Wielu moich znajomych od czasu pierwszej wypłaty żywi się w barach i restauracjach na mieście, a po awansie w pracy zamawia sobie dietę pudełkową. Jakkolwiek ja również mogę sobie na to pozwolić, a co więcej – niespecjalnie lubię gotować, to mimo wszystko wolę sama przygotowywać posiłki.

W czasach akademika to był poniekąd przymus samemu gotować, jednak dużo się wówczas nauczyłam o cenach produktów i o tym co powoduje końcowy efekt. To się po prostu nie „odzobaczy”.

Jeśli postaramy się wejść w buty producenta żywności, to widzimy, że pół grosza zaoszczędzone na produkcji jednej sztuki, to w skali produkcji na cały kraj wielka oszczędność. W skali makro opłaca się oszczędzać dosłownie na wszystkim. Zastąpić papierek plastikowym opakowaniem, cukier jakimś syropem z kukurydzy, prawdziwy aromat sztucznym aromatem itd. Najważniejsze, żeby rząd to jakoś dopuścił do obrotu, a klient nie skapnął się, że dostaje jakiś syf. A wręcz można go dodatkowo zadowolić! Dzięki dzisiejszym wzmacniaczom smaku możemy dać 1/4 głównego składnika, ale jak dosypiemy odpowiednio dużo soli i glutaminianu sodu, to kubki smakowe eksplodują. Dla dopełnienia efektu wykorzystamy fakt, że wszystko, co jest tłuste i słodkie, jest smaczne. Tłuszcz i cukier można dodać do wszystkiego. Jeśli coś dodajemy do wszystkiego, to właśnie na tym poczynimy najlepsze oszczędności. Olej palmowy, syrop glukozowo-fruktozowy i będzie git.

Wypisz wymaluj wychodzi nam, dlaczego rynek przetworzonej i gotowej żywności jest taki opłacalny. Już pominę fakt, że prawo nie jest idealne, że istnieje coś takiego jak polityka rządu, łapówki i duże budżety na kampanie służące zmianie nawyków żywieniowych (np. lansowanie margaryny z chemicznie utwardzanych tłuszczów roślinnych, czy słodkich płatków kukurydzianych). Wiele tego typu spraw jest powszechnie znanych, część czeka aż minie 5-10 lat zanim dotrą do Polski. Piszę ogólnikowo, bo to nie temat tego wpisu. Generalnie chodzi o to, że każdy człowiek na Ziemi coś je, więc stanowi to przestrzeń do obracania wielkimi pieniędzmi, a te są bezwzględne. Kto inwestuje na giełdzie, ten też specjalnie nie myśli, czy dana spółka mobbinguje pracowników itp., tylko czy daje przychody.

Żywność przetworzona na półkach sklepowych to najczęściej dzieło szatana. Jak to zaś tyczy się restauracji? Przecież oni kupują świeże składniki i profesjonalnie przygotowują z nich potrawy. No i z tym różnie bywa, o czym łatwo się przekonać oglądając Kuchenne Rewolucje 🙂 Miłość do gotowania to jedno, a Janusz oszczędzający na składnikach, kompetentnej kadrze i odpowiednim sprzęcie to drugie. To jest akurat skrajna patologia, ale jej przejawy łatwo poznać.

Najczęściej po sosie z nie-wiadomo-czego. Papka, w której nic nie pływa, do polewania jakiegoś zapychacza typu chlebek czy ryż. Co znajduje się w tej papce? W cenie 15 zł za całą potrawę na pewno nie będą to zblendowane warzywa na bulionie wołowym. Stawiam na zagęszczoną wodę o aromacie kostki rosołowej z barwnikiem, a w roli warzyw coś, czego nie chcielibyśmy oglądać w wersji przed zblendowaniem. I raczej nie z pierwszej oferty najświeższych warzyw świata.

Kolejna czerwona flaga to fakt zapychania klienta. Potrawa nawet wygląda jako-tako, ale jak się zastanowisz, to w 80% składa się z makaronu czy ryżu, jak jest mięso to rozklepane jak kartka papieru i w panierce na centymetr. Panierka ta chłonie dużo tłuszczu, co da nam uczucie najedzenia. Za inną formę zapychania można uznać np. mięso w kebabie. Niby mięso, a jednak nie mięso.

Zauważyłam, że im mniejsza renoma restauracji, tym mniej subtelne smaki reprezentuje. Po co się starać, skoro można zabić cały smak czosnkiem, solą, majonezem, ostrą przyprawą? Nikt nie wyczuje aromatu masełka, oliwy z oliwek, posmaku grzybów czy zapachu świeżych ziół spomiędzy tego. Po prostu tak się przyrządza najtańsze jedzenie. Mając dobry składnik chcesz wydobyć i podkreślić jego smak, a nie zabić go sosem 1000 wysp.

Po powyższych opisach raczej widać, że nie kręcą mnie stołówki pod pracą, chińczyk czy inne budki z kuchnią tajską, bo właśnie zdyskwalifikowałam 90% z nich… Żywność z takich miejsc to prosty sposób na bycie grubym i niedożywionym. Wolę raz na jakiś czas iść do restauracji, która uchodzi za dobrą i jest droższa, a przynajmniej faktycznie czegoś posmakować. Z naciskiem na „raz na jakiś czas”. Bo nawet w dobrej restauracji, jeśli dodatkowy tłuszcz i cukier mają poprawić smak, to po prostu go dodadzą. Nawet jak się ogląda programy kulinarne sławnych kucharzy, jak przyrządzają mięso z dzika tradycyjnymi metodami na prowansalskiej wsi, to miód, śmietana czy masło zawsze będą mile widziane. Jak chcę olśnić kubki smakowe, to wiadomo, ale jeśli celem jest najeść się czymś na obiad, to zwiększanie kaloryczności nie zawsze ma sens.

Na tym etapie rozważań całkiem sensowna wydaje się dieta pudełkowa. Daje ona wygodę gotowego jedzenia i dostarcza odpowiedniej ilości makroskładników. Gdzie tkwi haczyk? Katering dietetyczny musi na tym jakoś zarobić, więc Twoja dieta będzie bazować na najtańszych produktach. Będziesz kontemplować marchew i cebulę na 200 sposobów w cenie, jakbyś codziennie jadł wołowinę, najprościej rzecz ujmując. Nieraz widziałam te posiłki na żywo u innych. Jak dla mnie nie wyglądały zbyt apetycznie – w stylu ryż, kurczak i jakieś warzywo. Czy to zdrowe, to też temat na inną dyskusję – na potrzeby tego wpisu przyjmijmy, że menu układają kompetentne osoby.

Poważnym argumentem „za” dietami pudełkowymi wydaje się być oszczędność czasu. Bo niby jak pracujący człowiek ma znaleźć czas na przygotowywanie 5 posiłków? Rzecz w tym, że konieczność jedzenia 5 posiłków dziennie to kłamstwo, które miało przez kilka lat swoje 5 minut w mainstreamowej dietetyce, i jeszcze jakiś czas minie zanim umrze śmiercią naturalną. Producentom diet pudełkowych ta teoria jest bardzo na rękę, bo rzeczywiście nie sposób całymi dniami stać przy garach, ale spożycie 2-3 posiłków dziennie absolutnie nie wymaga tego rodzaju poświęcenia.

Jak sama gotuję, to mam pewność co do świeżości i jakości produktów, wiem jakiego tłuszczu używam, mogę sobie np. wykluczyć nabiał jeśli mi się tak podoba. Nie muszę się gimnastykować z przyprawianiem, bo dobrej jakości składniki same w sobie są smaczne. Nie sypię potężnych ilości soli, więc wyczulam się na naturalny smak. Smak gotowej żywności zdaje się być karykaturalny, przerysowany. Nie muszę się przed nią powstrzymywać, bo mnie do niej nie ciągnie.

Poza tym cenię sobie to, że mogę np. kupić mięso z kością, wygotować z niego bulion i z takich resztek mieć bazę pod inną potrawę. Nie dość, że jest taniej, to jeszcze lepiej 🙂 Mogę kupić sobie surową rybę czy polędwicę wołową i zrobić z tego tatara (tak można tylko jak masz naprawdę świeży składnik). Mogę korzystać z lokalnych produktów, wspierać producentów traktujących zwierzęta z większym szacunkiem. Wychodzi też taniej o suplementy, których nie muszę brać, bo jem prawdziwe jedzenie.

Źródło: @veganworld0rder

Gotowanie samemu to także wartościowy skill. Nie chciałabym być w sytuacji, że muszę ciągle coś zamawiać, bo nie potrafię nawet ugotować ziemniaków i nie mam pojęcia jak zrobić mięso. I niby wiem, że przetworzona żywność jest zła, ale w brzuszku burczy. Wiem, że tego typu problem dotyczy wielu osób – inaczej rynek gotowej żywności nie miałby się aż tak dobrze. Z tego powodu planuję na blogu pokazywać, jak zrobić, żeby się nie narobić, z korzyścią dla zdrowia i finansów. Stay tuned 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *